Chris
Laureat konkursu Certyfikaty
Aktywnie, ambitnie, twórczo, na zawsze.

Archiwum

31.08.2017
Dziennik pokładowy - kurs sternika morskiego

Szanowni Uczestnicy!
(no bo przeca pełnoletnie potwory jesteście, to do Rodziców chyba pisał nie będę),

            Niniejszym oficjalnie ogłaszam otwarcie kolejnej edycji Dziennika Jachtowego Kursu JSM CHRIS. Mam nadzieję, że coś uda się napisać – w końcu ponoć szkolenia nudne są i tyle – a lektura przyprawi Was o szybsze bicie serca, i umili Wam wspomnienia przy wieczornym, zimowym kominku :-).

            Do usłyszenia!

                                                                                                          kpt. Mateusz Mroczek                       

 

            W tym roku będzie ciut inaczej. Przez cały kurs nic nie pisałem, bo... nie chciało mi się, było mnóstwo innych rzeczy do zrobienia, nie miałem weny... Po prostu nie i tyle. Już na pokładzie zapowiedziałem Wam, że nic z tego nie będzie.

            Wróciłem do domu i... Sumienie mnie gryzie. Standardy wypracowane wcześniej nie dają spokoju, coś trzeba napisać. Na wiele nie liczcie, ale jakaś pamiątka – suchy i urzędowy zapis faktów – może z tego będzie. Tak krótko i na temat...

            A było to tak...

            Spotkaliśmy się na zbiórce w Warszawie. Ola została z Wami, a ja z bambetlami (niestety, z braku przytomności, Waszych nie zabrałem i sami musieliście je taszczyć) pojechałem dalej. Mieliśmy spotkać się w Świnoujściu o mniej więcej tej samej porze.

            Już na dzień dobry mieliście obsuwę. A do Świnkowa to w ogóle dotarliście dobre 3h po czasie... Odebrałem Was z Bielików (a konkretnie to Wasze torby – bo Wy musieliście się przespacerować...), i trafiliście na jacht. Akurat przyjechał obiadek :-).

            Dostaliście testem na żeglarza, coby wiedzieć, czego nie wiecie, a my z Olą pojechaliśmy po zakupy. Wyniki? Hmm.... O ile mnie pamięć nie myli, tylko Asia zdała :-).

            Wniosek? Od jutra zaczynamy na ostro galopować.

 

            Kolejne dni mijały jak w kalejdoskopie. Niedziela, poniedziałek, wtorek i środa zasadniczo identyczne – pół dnia pływania, czy to po porcie, czy na żaglach, a drugie pół zanudzania się wykładami. Jakoś to przeżyliście... Łatwo nie było – ten Wasz tępy wzrok patrzący w monitor... To znudzenie, gdy padały opowieści dziwnej treści... Ale za to nawet spodobał się Wam przerywnik – nocna wycieczka do Trzebieży, coby pomigać sobie ze światełkami i arbuz na kotwicy w drodze powrotnej :-).

            W trakcie wycieczki co poniektórzy z Was byli zieleni ze strachu i podniecenia – załatwiłem Wam konieczność meldowania się przez radio przez całą drogę :-).

            Ze wszystkimi manewrami radziliście sobie całkiem dobrze, choć wszystkim się bardzo spieszyło (Piotrek potem coś na ten temat mógł powiedzieć na egzaminie). Co prawda niektórzy czasem się delikatnie gubili, ale było raczej lepiej, niż gorzej.

            Czwartek i piątek to już nuda kompletna – poza krótkimi, „odświeżającymi” setami manewrowymi siedzieliście, i kuliście lepiej, niż do matury. Aż przyjemnie było patrzeć :-).

            Zrobiony w pewnym momencie test kontrolny wykazał brak umiejętności czytania ze zrozumieniem... Poza tym wyniki były całkiem pozytywne.

            I tak dociągnęliście do soboty, kiedy w końcu dane było się Wam wyspać (śniadanie na 0900!). Później trochę nerwów, i... o 1200 zaczęliście pisać. Zdali wszyscy (co do tego nie mieliśmy specjalnych wątpliwości), przerwa obiadowa, i... Instruktory na spacer, a Wy na wodę. Nie powiem, trochę stresu mieliśmy – wiedzieliśmy, że wiecie, że wiemy, że wiecie co robicie :-), ale zawsze coś mogło pójść nie tak (Piotrek!)...

            Gdy spotkaliśmy się po wszystkim w porcie, radość była obopólna – wszyscy zdali, choć parę osób trochę narozrabiało w porcie... Gratulacje!

            Gdybyśmy to my z Olą egzaminowali, nie ma gwarancji, że byłaby taka radość... Uważajcie w praktyce ;-).

            Na koniec poszliśmy wszyscy na przyzwoite jedzonko (bye bye Bar Kopytko!). A potem jeszcze cofnęliście mnie z trasy na dworzec na dodatkowe pożegnanie i zwrot zagrabionych papierów... ostatnie buziaki, i każdy rozjechał się w swoją stronę.

            Tak to było.