Chris
Laureat konkursu Certyfikaty
Aktywnie, ambitnie, twórczo, na zawsze.

Archiwum

24.07.2017
Dziennik Pokładowy Rejs Morski etap II

Szanowni Państwo,

 

podobnie jak dla etapu I Rejsu Morskiego i teraz, co 2-3 dni, dostarczymy Państwu porcji opowieści kapitana prosto z pokładu. Zapraszamy do lektury!

 

Szanowni Rodzice,

 

            Niniejszym oficjalnie ogłaszam otwarcie kolejnej edycji Dziennika Jachtowego Rejsów Morskich CHRIS. Mam nadzieję, że lektura przyprawi Was o szybsze bicie serca, i że z niecierpliwością będziecie czekać na kolejne odcinki naszej relacji :-).

 

            Jednocześnie przepraszam, że nie trzymam odwiecznych standardów, i że pierwsze zapiski dopiero teraz – ale uwierzcie mi proszę, nie dało się inaczej. Doba była za krótka...* Zresztą, poczytajcie sami!

 

            Ponadto, z przyczyn oczywistych niniejsza relacja będzie raczej skupiona na Lissy, chyba, że Lady łaskawie mi podrzuci coś do wstawienia**...

 

            Do usłyszenia!

 

                                                                                                          kpt. Mateusz Mroczek                       

 

UWAGA:

W tym roku pływamy w wersji inko-zgnito. Znaczy się niestety nie da rady nas śledzić na bieżąco****. Przyszli krasnoludki i AISa niet. Przynajmniej u nas. Musicie w nas wierzyć i z niecierpliwością czekać na sygnał i nowe relacje...

 

Pa pa!

 

 

* Nie miałem weny. Nie chciało mi się. Nie wiem co pisać. Śpię.***

** Mam za krótki kij na pokładzie i nikt mnie nie lubi nie słucha. Poza tym to się chyba nie uda.

*** Niepotrzebne skreślić.

**** Wystarczy, że te (...) ci (....) nasi koledzy z Lady nas śledzą :-).

 

 

 

Dzień 0, wtorek, 18.07.2017

 

No czeeeeeść, czyli słyszę paru weteranów

 

            Przyjechali. Z obsuwą, ale przyjechali. W sumie wiedziałem, kto przyjedzie, ale... I tak miło było zobaczyć znane buźki :-) (i te nieznane też!).

 

            Co było potem – nie wiem... Słyszałem jakieś odgłosy jak przez mgłę, gdy umierałem w koi po awaryjnym dentyście rano, który poszedł źle – tak więc nic nie napiszę w szczegółach. Wiem tylko, że był chaos, zamieszanie i zabawa jak to zawsze przy wymianie załóg :-). Co zlego to nie ja, bardzo przepraszam...

 

 

O podziale na wachty słów kilka

 

            A co ja tam będę pisał – załączam dla Was do wglądu grafiki wacht. Jeśli zastanawiacie się, drodzy Rodzice, kto z kim śpi – to pytajcie dzieciaków. Ja się zdążyłem w tym pogubić :-).

 

 

 

Podział wacht Lady / Lissy

 

 

 

 

 

18.07

WT

19.07

ŚR

20.07

CZW

21.07

PT

22.07

SOB

0 – 4

I

II

III

I

II

III

I

4 –8

II

III

I

II

III

I

II

8 -12

III

I

II

III

I

II

III

12 –14

I

II

III

I

II

III

I

14 – 16

II

III

I

II

III

I

II

16 – 20

III

I

II

III

I

II

III

20 – 24

I

II

III

I

II

III

I

Kambuz

II

III

I

II

III

I

II

 

23.07

ND

24.07

PON

25.07

WT

26.07

ŚR

27.07

CZW

28.07

PT

29.07

SOB

0 – 4

II

III

I

II

III

I

II

4 –8

III

I

II

III

I

II

III

8 –12

I

II

III

I

II

III

I

12 –14

II

III

I

II

III

I

II

14 – 16

III

I

II

III

I

II

III

16 – 20

I

II

III

I

II

III

I

20 – 24

II

III

I

II

III

I

II

Kambuz

III

I

II

III

I

II

III

I:

Paweł, Adam/ Julia, Ania, Jakub

Mateusz, Natalia., Maja / Kuba, Bartek

Krzysiek B., Krzysiek/ Maciek, Oliver

II:
III:









 

 

Reklamacja na dzień dobry, czyli brum brum brum

 

            Po całym zamieszaniu, o 1730, udało się odpalić maszyny i uciekać do Świnoujścia. Czemu? Marina beznadziejna, w załodze zaczął się marazm i nuda, kadra zmęczona wymianą, a do tego mamy pewne zobowiązania, aby być w czwartek w Greifswaldzie na stoczni – dla bezpieczeństwa uczestników musimy poprawić na jachtach kilka usterek, których z braku narzędzi nie zrobimy sami – to wszystko determinuje dalsze ruchy.

 

            Po drodze do Świnkowa – 6 h ciekawymi nawigacyjnie kanałami, niestety na silniku – trochę słuchania muzyki, dyskusji, luźnych opowiadań... No i dostałem w twarz reklamacją, że to płynięcie „tu i teraz” i te plany to marnowanie czasu, bo ona chce żeglować i to na Bornholm :-).

 

            W takich okolicznościach przyrody zaŚwinoujściowaliśmy się w marinie przed północą. Cumy prądowe, krótki plan poranka, i spać!

 

 

Dzień 1, środa, 19.07.2017

 

            Pobudka i śniadanie nawet zgodnie z planem. Przypadkiem oba jachty zażerają się jajecznicą :-).

 

            Od 0900 (w praktyce 0915) Mariusz męczy obie załogi wykładami z bezpieczeństwa i czego tam jeszcze. Jak skończy, to się ogarniemy, bierzemy paliwo, i ruszamy w trasę – w Greifswaldzie musimy być przed 2000, bo potem nam most zamykają.

 

            Oczywiście wyszło jak zwykle – wyjście w morze nawet zgodnie z planem, bo ok. 1200. Żegluga piękna – choć na połowie żagli, bo foki zostały w Szczecinie na szycie, na koszt armatora – taki to układ :-) – ale z racji sieci i innych przeszkadzajek jeździmy jak węgorze. Załoga próbuje nas wykończyć – na pokładzie głośnik i umcyk-umcyk cały czas... Do czasu. Dostali ultimatum. Jak będą słuchać muzyki na pokładzie, to pozbędą się głośnika :-).

 

            Greifswalder Bodden to ciekawy akwen – załodze chyba też się podobało. Trochę silnika po bojach, trochę żagli – generalnie bardzo przyjemnie. Cel osiągnęliśmy ok. 2100.

 

            Wieczór pod hasłem zajmijcie się sobą. Ergo – szwendanie się po tej pięknej okolicy*, w której jesteśmy. I wiecie co? Nawet o ustalonej porze byli na jachcie, i poszli spać o 2300 :-).

 

* Here-be-dragons połączone z middle of nowhere.

 

 

 

Dzień 2, czwartek, 20.07.2017

 

Repair time, wycieczka time

 

            Na początek małe wyjaśnienie – po co tu jesteśmy? Ano, na poprzednim Etapie, coś mi się nie spodobało w olinowaniu stałym. A że safety first, po konsultacji z armatorem jachtu ustaliliśmy zmianę planów, i wycieczkę do Greifswaldu, gdzie jest serwis naszej firmy czarterowej. I co się okazało? Ano, że zrobiliśmy bardzo dobrze. Wymienili nam po 2 wanty na każdym z jachtów, bo budziły wątpliwości, i przy okazji ponaprawiali mnóstwo drobnostek, których nie zrobiliśmy sami z braku odpowiednich śrubokrętów :-). Safety first!

 

            A co w tym czasie robiła ekipa? Po burzliwej, porannej, pośniadaniowej organizacji zostali wysłani na bojową wycieczkę. 5 km per pedes do Greifswaldu (biegiem, bo pociąg odjeżdża), potem trochę w pociągu, zwiedzanie Peenemünde, i z powrotem. Generalnie wycieczka całodniowa, tak, aby się zmęczyli. Właśnie czekamy, aż wrócą...

 

            Wrócili. Języki przy ziemi, ale chyba zadowoleni. Głodni, ale na obiad paskudy narzekają, że doprawione nie tak, jak lubią... Bez komentarza.

 

            Przy kolacji przyszedł planowany mały deszczyk... Szkoda, że nie zmył komarów. Cóż, w takich okolicznościach przyrody nasze Miśki montują żagle i zaczynają nalewać wodę... W praktyce po zamontowaniu żagli został z nami na pokładzie – wielki bonus! – tylko Mateusz... Reszta tak jakoś bała się deszczu :-). Z cukru są czy co?

 

            Operacja zakończona o 2300 (pozdrawiamy pogięty wężyk na Lady, że się nie da szybko lać).

           

* Here-be-dragons połączone z middle of nowhere.

 

Dzień 3, piątek, 21.07.2017

 

            Pobudka planowo o 0430, a tu... Ledwo drugi brzeg rzeki widać. Migła sobie migła. W tych okolicznościach przyrody śpimy dalej, i kontrolujemy sytuację.

 

            W końcu oddymiło się o 0600. Odjazd! O 0900 powinniśmy być na prawdziwym morzu i łapać te 12 godzin sensownego wiatru... Bo potem będzie w dziób i pralka :-).

 

            Jak powiedzieli, tak zrobili. I w sumie wiele więcej do napisania nie ma, bo przecież nie będę się skarżył, że załoga Lady była niezadowolona, że za mało pływamy, a załoga Lissy robiła wszystko, by mnie wkurzyć brakiem porządku, imprezowaniem na pokładzie i olewaniem podstawowych obowiązków ;-).

 

 

Dzień 4, sobota, 22.07.2017

 

            Wieczór i noc żeglugi wzdłuż brzegów Bornholmu. Morale wysokie, bo wszyscy wiedzą, że nad ranem będziemy u celu. Gorzej, że aby to było zrealizowane, to trzeba precyzyjnie sterować, bo walczymy z totalnie przeciwnym wiatrem...

 

            Efekt? Lady w porcie przed 0300. Lissy po piątej, a to i tak tylko dzięki litościwemu uruchomieniu silnika – po prostu Błądki & Co. zamiast skupiać się na sterowaniu (a wcześniej posprzątaniu po obiedzie) wolą gadulcować na pokładzie... Porządek leży, dziennik leży, różne inne rzeczy też leżą (porozrzucane na podłodze). Poranek będzie wesoły...

 

            No i byłem niemiły. Nawet bardzo. Ale chyba dotarło (na razie), bo posprzątali, ogarnęli się, i poszli na wycieczkę. Obie załogi trochę narozrabiały, ale żyją*. Po południu, jak wrócili, też było ok. Zrobiliśmy grilla... :-)

 

            Oczywiście o detalach za dużo nie napiszę, bo jak to zawsze w „dzień wolny” musiałem poleżeć przewiany w łóżku :/.

 

            A, z ciekawostek: jak nam się plany sprawdzą, to dziś ostatnia noc na twardym. Od tej pory stoimy w portach tylko technicznie, na zwiedzanie. A że ma wiać cały czas mocno i w dziób... Dostaną łomot!

 

* Chodzenie stadem całą szerokością drogi, nie słuchanie instruktorów, rumakowanie, takie tam... Ergo: grill nie do 2300, ale do 2130. A o 2200 karne spać.

 

 

Dzień 5, niedziela, 23.07.2017

 

            Świeże bułeczki na śniadanko poprawiły humory wszystkim. Ostatnia kosmetyka, i w trasę!

 

Nooo to pojechali. Kambuzy obu jachtów zaczęły robić obiad jeszcze w porcie, coby zdążyć na płaskim. Efekt: na Lady chili con carne, a u nas pyyyszna kwaśnica ©Maciek*. 11 za ambicję. Się będzie działo!

 

            Ugotować dali radę, z jedzeniem gorzej. Fala adekwatna do wiatru, a dziobiemy ostro. Hmmm... Na Lady obiad przy krótkim stole (4), u nas tylko kierowcy. Reszta na kisielkach :-).

 

            Pogoda pod psem – nie dość, że wieje i buja, to jeszcze od popołudnia pada/leje. Mokną i marzną biedaki na pokładzie... Ale przynajmniej pod pokładem – w umieralni zwanej mesą – humory dopisują :-). Kisielki, dowcipy, te sprawy latają cały czas** :-).

 

* Zapas na 2 dni. A co tam.

** A w tle zapach PKP – mamy problem z jednym ze zbiorników na fekalia, więc jedna z kabin i toalet wycięta do... najbliższego portu.

 

Zarządzam pełne zanurzenie

 

            No to teraz już nikt mnie nie będzie lubił. Takie życie...

 

            Sprawdziwszy pod Karlskroną prognozę pogody zadecydowałem o podwinięciu ogona i spłynięciu do tejże. Kontynuacja planów oznaczałaby jeszcze co najmniej 12-16 h dziobania pod wiatr (pół biedy), i powrót do Polski w dość ciekawych warunkach zafalowania. Zgodnie z Planem B będziemy w Polsce wcześniej (środa?), ale za to pogodowo dostaniemy tylko rykoszetem...

 

            Zawsze mogę powiedzieć, że stary i leniwy jestem, i bujać to my, a nie nas.

 

 

Dzień 6, poniedziałek, 24.07.2017

 

Karlskrona

 

            Standardzik. Parkowanie o 0400 siłami pojedynczej wachty (na obu jachtach). Wachtowi szczęśliwi, że dali radę :-), i że nareszcie przestaną moknąć... Drzemka do późnego śniadania, czyli 0900.

 

            Przy śniadaniu mordowanie kierownika, czyli co złego to Mroczek. Jak zwykle. Później towarzystwo wysłano do muzeum, a my z Mariuszem zabraliśmy się do naprawy pociągu.*

 

* Skutek: zbiornik opróżniony. Powódź zażegnana. A że kibel dalej nie działa.... to detal.

 

 

Plan C

 

            Na szczęście w międzyczasie Ola z Sylwkiem opracowali Plan C. W skrócie: ponieważ pogoda zmienia się dalej i niekoniecznie fajnie, jednak startujemy w Kalmar – rurę (wieczorem), i poszwendamy się tam do środy wieczór. Ot, takie aktywne przeczekanie...     

 

            Cóż więcej rzec – obiadek na twardym, spanko, prysznic, spacerek i odjazd! Nawet w miarę w kupie płyniemy...

 

 

Dzień 7, wtorek, 25.07.2017

 

            Przepiękna nocna żegluga. Pizga Wieje całkiem mocno (w porywach 6B), ale jest w miarę płasko – dzika zabawa i nauka precyzyjnego sterowania! Na Lady mają to już dawno za sobą, u nas może w końcu do co poniektórych dotrze... Nawet Wachta I zaczęła pojmować, że jak odpuszczą sobie 20 stopni przez plotki olewactwo tumiwisizm odpuszczenie, to będą u celu 2 godziny później...

 

            Hm. Optymistą byłem. Lady u celu 3 godziny przed nami – a byliby 5, gdyby nie próba smażenia jajecznicy na rozgrzanym silniku.* Zaczęło się rano, gdy wstała załoga – więcej osób na pokładzie = plotki = przecież 10 stopni w lewo czy w prawo nie ma żadnego znaczenia... Żadna motywacja nie pomaga. Ani prośby, ani nauka, ani groźby...

 

            A na koniec jeszcze niejaki Długi na mnie nawrzeszczał.** Ech, pozazdrościć Lady załogi...

 

* Dużo pary, trochę strachu, i brak obiadu. Nie pytajcie.

** Na jachcie burdel totalny, sprzątanie i porządek w papierach i na mapach mają tak samo głęboko, jak sterowanie – więc nikt nie miał prawa zejścia z jachtu do momentu ogarnięcia się (czyli do rana). I się zaczęło...***

*** Po raz pierwszy zasugeruję co poniektórym – namely trzem panom i chyba jednej pani – że minęli się z powołaniem i morze to nie dla nich. Niech może poszukają kolegów na blokowisku? Będą mieli podobny poziom „humoru”.

 

 

Dzień 8, środa, 25.07.2017

 

            Nocka na twardym wszystkim dobrze zrobiła. Śniadanie oczywiście z godzinną obsuwą (a na 0900 miało być) – Maciek wymyślił jajecznicę na sterydach, i zapomniał, ile czasu potrzebuje. Zresztą o herbacie i paru innych rzeczach też zapomniał. Ech...

 

            Shopping, wiatro-plażing, szwen-da-jing po wiosce do obiadu, bo wieje. Po obiedzie (chyba) odjazd do portu obok, tak po prostu aby się ruszyć, i w nocy do domu!

 

I oczywiście wyszło jak zwykle. Plan jak wyżej, tylko że do rana. Odjeżdżamy o 0500. A w międzyczasie Lady zrobiła pyszne brownie!

 

            Cóż, wszyscy widzieli, co się za oknem dzieje... A i dzień laby przed 1,5 doby w morzu chyba wszystkim się przydał.

 

 

Dzień 9, czwartek, 27.07.2017


           
Kurczę, nie za bardzo jest co opowiadać. Odjazd zgodnie z planem, płaska, przyjemna żegluga zgodnie z planem... Załoga* doprowadza mnie do szału, jak zwykle... Burdel w jedzeniu i pod pokładem też jak zwykle... Pierwszy raz w karierze mam ochotę się poddać. Niewyuczalni są. Wy, Drodzy Rodzice, się męczcie. Ja wysiadam i spisuję ich na straty***.

 

            A poza tym zwykły, 36 h przelot. Żeglarstwo!

 

            No, byłoby lepiej, gdyby ktokolwiek się interesował tym, co się dzieje i zadawał pytania**, ale... po co, jak na wakacjach są?

 

            A Lady sobie płynie obok i się dobrze bawi. U nich panuje rodzinna atmosfera :-).

 

 

* Mr K, Mr K, Mr M oraz Ms J, między innymi

** Ciut więcej, niż Mr O czy Mr B...

*** Mariusz już wysiadł. Utopił się w kawie z rozpaczy...

 

Dzień 10, piątek, 28.07.2017

 

            Nie wytrzymaliśmy z Mariuszem. Na podstawie obserwacji podjęliśmy decyzję, o której załoga jeszcze nie wie – funkcje oficerskie, które poznaliście na początku, na opiniach z rejsu nie będą występować. Żaden z oficerów nie jest godny miana osoby, która ma być przykładem dla innych*. Oczywiście, jest to nasza porażka, straszna i dołująca – niemniej jednak zawsze wydawało mi się, że od „weteranów” oraz osób ambitnych można wymagać więcej... Cóż, człowiek uczy się na błędach i przez całe życie.

 

            „Wyróżnienia” oficerskie otrzyma zupełnie ktoś inny. Ktoś, kto ciężko na to zapracował**.

 

            A tak w ogóle to pomału Rozewie widać. Lady 5 mil przed nami. Na śniadanie znowu nic, czyli byle jak wydane płatki, mleko, dżem i trochę Karmy Dla Mariusza***. Można mówić, ale i tak nie dociera i im się nie chce... A na Lady jak się wpadnie, to takie fajne przegryzki i sałateczki mają...

 

            Zew domu?

 

            Wieczór pod hasłem sprzątania jachtów i chwili wolnej na mieście. Nie powiem, sprzątanie całkiem nieźle wypadło – nawet z poświęceniem co-po-niektórych :-).

 

* Chyba, że antyprzykładem.

** Względnie ciężko. W tych okolicznościach ciężko. Po polsku: osoby, którym się cokolwiek chciało.

*** Chleb, ser, mięcho.****

**** Na wyraźne, głośno-wrzeszczące żądanie.

 

 

 

Dzień ostatni, sobota, 29.07.2017

 

 

To już jest koniec, nie ma już nic*...

 

            Standardowe zamieszanie i awantury przy sprzątaniu. Chaos i klasyka :-). Jak zwykle za mało czasu i za dużo rzeczy do zrobienia (kwity, dziennik, opinie, opowieści dziwnej treści, rozliczenia, mycia podłogi, zamówienie obiadu, ...). Ale trzeba powiedzieć, że poszło nawet sprawnie i w miarę szybko. Chyba.

 

            W końcu wszyscy zebrali się razem. Miało być o którejś, wyszło o którejś innej :-)... Przemówienia Oli i Mariusza, uściski ręki, z niektórymi rzewne łzy na pożegnanie po kilku wspólnych latach, i... Do domu!**

 

            Dla ciekawskich: przepłynęliśmy 519 Mm w 115 h, z czego 36 h na silniku. 134 h postoju. Zaledwie. Nie jest źle! Byliśmy w Greifswaldzie, Tejn, Karlskronie i w Mörbylandze. Jak na 10 dni pływania, całkiem przyzwoicie!

 

            Do zobaczenia za rok!

 

 

* Treść jak co roku. Taki generic. Ale kto by się przejmował, jak to zawsze tak samo wygląda... Detale pomińmy.

** No, tak było na Lady. Na Lissy przemówienia raczej w grobowo-negatywnym tonie, bo inaczej się nie dało...